Mówisz, że kochasz deszcz, a rozkładasz parasolkę, gdy zaczyna padać. Mówisz, że kochasz słońce, a chowasz się w cieniu, gdy zaczyna świecić. Mówisz, że kochasz wiatr, a zamykasz okno, gdy zaczyna wiać. Właśnie dlatego boję się, kiedy mówisz, że mnie kochasz.
Kolorowe parasolki, roześmiani ludzie i nieznośny upał nie sprawiał mi już żadnej różnicy. Chciałam się zaszyć z dala od świata i nigdy więcej nie wychodzić na zewnątrz. Ogólna radość jaka towarzyszyła mi wraz z nadejściem lata wyparowała kiedy tylko dostałam telefon od swojej byłej gosposi.
– Twój ojciec miał zawał, słoneczko. Twoja mama jest już z nim w szpitalu, ale z tego co mówili sanitariusze to to nie potrwa długo.
Teraz biję się z myślami. Bo dlaczego nagle miałabym się zainteresować ludźmi, którzy ignorowali mnie przez dziewiętnaście lat mojego życia, a przed kolejne sześć nie odzywali się ani słowem? Może i są moimi rodzicami, ale nigdy się do tego nie przyznali i się z tym nie pogodzili. Od dziecka wiedziałam, że byłam wpadką, która połączyła dwójkę kompletnie różnych ludzi, którzy nawet pomimo starań nie potrafili się porozumieć.
– Dobrze – odpowiedziałam kompletnie obojętnym tonem. – Przyjadę, ale jak tylko wyczuję jakiś przekręt lub będą chcieli mnie wykorzystać to wyjadę nie patrząc w tył. Przekaż to Oliwii.
– To twoi rodzice Estello. Nie chcą Cię skrzywdzić – powiedziała dobrodusznym tonem, za który tak ją uwielbiałam.
– Proszę Cię. Amando nie próbuj mnie przekonać bym zapomniała te wszystkie lata... Nie, ja nie mogę o tym tak po postu zapomnieć. Przyjadę, ale nic więcej. Do zobaczenia.
Odrzuciłam telefon na kanapę. Co ja mam teraz niby zrobić? Wiem, że skoro ojciec jest w szpitalu to ciotka Audrey i babcia Gloria już są w drodze – o ile już ich tam nie ma. Nie chcę wysłuchiwać kazań o zaniedbaniu rodu i pracoholizmie, na który podobno jestem chora. Moje plany w związku z założeniem rodziny są nieco odmienne niż one miały dwadzieścia czy czterdzieści lat temu. Mam zamiar najpierw skorzystać z życia nim wyląduję z dzieckiem i mężem na przedmieściach.
Zasuwam okno, które od rana jest otwarte. Upały jakie nawiedziły Los Angeles w ostatnich dniach są nie do wytrzymania. Związałam długie brązowe włosy w kucyk u góry głowy i podparłam się dłońmi o biodra. Skoro się wkopałam to teraz muszę się spakować.
– Właśnie zjeżdżam do Hamptons. Tak mamo będę za kilkanaście minut. Tak tak. Na razie. – Rozłączyłam się i ściągnęłam słuchawkę z ucha.
Jeszcze nie dotarłam, a podniosła mi ciśnienie do dwustu. Stella uspokój się. Uspokój się. Mogłam się zapisać na tę jogę we wtorki i bym umiała się rozluźnić, ale nie bo ja musiałam poddać się spojrzeniu Tatii i zapisać się na krav magę. Teraz żałuję, jęknęłam w myślach wspominając zakwasy jakie towarzyszą mi dzień po zajęciach.
Zajechałam pod jedną z większych posesji. Dwu piętrowy dom w białym kolorze z dwuskrzydłowymi, mahoniowymi drzwiami i beżowymi okiennicami. Mój dom – dom z koszmaru. Zaparkowałam przy fontannie i zgasiłam silnik, pochylając się nad kierownicą i taksując wzrokiem budynek. Firanka na pierwszym piętrze w trzecim oknie od prawej. Zaczęło się.
Zabrałam torebkę i okulary i wsunęłam je na nos, by od razu nie zauważyli braku soczewek koloryzujących w moich oczach. Idealna rodzina, która ma córkę niepodobną do rodziców. Od dziecka kazali mi nosić soczewki koloryzujące by moje oczy były zielone. Z farbowaniem włosów na rudo się nadal nie pogodziłam, dlatego w wieku szesnastu lat zafarbowałam je na brązowo. Westchnęłam łapiąc za krótkie pasmo blond włosów. Jeszcze wczoraj zadzwoniłam do Hanny – jednej z moich zaufanych znajomych, która miała salon fryzjerski – i poprosiłam ją o wizytę.
– Estella! Jak zwykle spóźniona. – Ciotka Rebbeca zmierzyła mnie wzrokiem i skrzywiła się.
– Ciebie również niemiło widzieć Becky – warknęłam groźnie i wyminęłam ją wspinając się po schodach, następnie znikając za drzwiami wejściowymi.
Wnętrze nie zmieniło się ani trochę. Minimalistyczny wygląd, zimne kolory i chłodna elegancja – jakbym opisywała swoją rodzinę, no może poza kuzynką Florence, ona uwielbiała barwne kreacje i była typowym... plastikiem.
– Powinnaś się hamować Estello. Przynajmniej w takiej sytuacji – warknięcie z góry schodów mogło oznaczać tylko jedną osobę. Matka. W eleganckiej fioletowej sukience do kolan, szpilkach w panterkę i idealnie ułożonymi rudymi włosami wyglądała tak jak w dniu mojego wyjazdu. Och co za szczęśliwe czasy. – Twój ojciec przeżył zawał mogłabyś udać choć trochę współczucia.
– Trochę mi to nie w smak. Zwłaszcza, gdy nie wiem dlaczego chciałaś bym przyjechała. – Ściągnęłam okulary i wsunęłam je we włosy, odważnie patrząc jej w oczy, gdy schodziła po schodach.
Widziałam te ogniki złości w jej zielonych tęczówkach, gdy zauważyła mój wygląd. W końcu nie miałam na sobie garsonki, tak jak się spodziewała. Nie miałam też rudych włosów i zielonych oczu. Rano ubrałam się w białą spódnicę z dłuższym tyłem, błękitną bokserkę, którą schowałam w spódnicę. Na stopach spoczywały sandałki na koturnie z najnowszej kolekcji Louboutina.
– Bez kłótni. Dobrze wiecie, że to nie czas i miejsce. - Nagle do holu weszła babcia Maggie. Uśmiechnięta i z siwymi włosami, nie przypominała w żadnym calu babci Glorii. – Estella skarbie. Chodź ze mną do ogrodu, albo lepiej. Przejdźmy się razem po plaży. Uwielbiam morskie powietrze.
– Proponowałam Ci przeprowadzkę – bąknęła mama, odrzucając włosy do tyłu.
– Ale nie co dzień. Muszę mieć jakieś zróżnicowanie – odpowiedziała z troską i wyciągnęła w moją stronę dłoń.
Złapałam ją pod ramię i wyszłyśmy z domu. Zaraz przed piaskiem ściągnęłam buty i na boso spacerowałam z babcią, która nawet nie pytała o bardzo intymne i trudne pytania. Chciała po prostu wiedzieć czy jestem szczęśliwa, bezpieczna i jak spędzam dni. Za to ją właśnie uwielbiam, jako jedyna z całej rodziny zachowała resztki normalności i nie obnosi się ze wszystkim.
– Twoja matka chce urządzić bankiet.
Ta wiadomość dosłownie zwala mnie z nóg, bo po chwili leżę nieprzytomna na piasku.
– Bez kłótni. Dobrze wiecie, że to nie czas i miejsce. - Nagle do holu weszła babcia Maggie. Uśmiechnięta i z siwymi włosami, nie przypominała w żadnym calu babci Glorii. – Estella skarbie. Chodź ze mną do ogrodu, albo lepiej. Przejdźmy się razem po plaży. Uwielbiam morskie powietrze.
– Proponowałam Ci przeprowadzkę – bąknęła mama, odrzucając włosy do tyłu.
– Ale nie co dzień. Muszę mieć jakieś zróżnicowanie – odpowiedziała z troską i wyciągnęła w moją stronę dłoń.
Złapałam ją pod ramię i wyszłyśmy z domu. Zaraz przed piaskiem ściągnęłam buty i na boso spacerowałam z babcią, która nawet nie pytała o bardzo intymne i trudne pytania. Chciała po prostu wiedzieć czy jestem szczęśliwa, bezpieczna i jak spędzam dni. Za to ją właśnie uwielbiam, jako jedyna z całej rodziny zachowała resztki normalności i nie obnosi się ze wszystkim.
– Twoja matka chce urządzić bankiet.
Ta wiadomość dosłownie zwala mnie z nóg, bo po chwili leżę nieprzytomna na piasku.

Cytat pod tytułem - niesamowity. Chyba aż za bardzo daje do myślenia. Prawda, którą każdy zna, ale boi się wypowiedzieć. Sam prolog ładnie napisany. Masz sporo talentu - to trzeba Ci przyznać. Tekst czyta się szybko i przyjemnie - bez zbędnego zastanawiania się nad sensem zdań. To wielka zaleta.
OdpowiedzUsuń[ miastotajemnic.blogspot.com ]
Ow *w* Ciepło mi się na serduszku zrobiło. Dziękuję i na pewno zajrzę na twojego bloga.
UsuńO rany, ale Estella ma durną rodzinkę. Kazali jej nosić soczewki? Po co? Żeby była podobna do nich? Co za niedorzeczność, moja kuzynka ma brązowe oczy jak jej mąż, a synek urodził się z niebieskimi i ma już cztery lata i nie ściemniały, bo odziedziczył je po dziadku. Nikt nie robi z tego powodu afery. Widać, że Estella ma poważne powody, nie nie cierpieć swojej rodziny. Pewnie też bym czuła to, co ona. Podziwiam, że pojechała do nich po tym wszystkim!
OdpowiedzUsuńPS: Wyłącz sobie anty-spam, przeszkadza w komentowaniu ^^